Trasa dojazdu

Państwo jest twoim wrogiem

Polskie państwo i jego przedstawiciele traktują spokojnych obywateli jak bandytów i ich kosztem poprawiają sobie statystyki. Żadna z sił politycznych nie dostrzega problemu - pisze w felietonie dla Wirtualnej Polski Łukasz Warzecha.

 

Przeglądając wiadomości, trafiłem na pewną historię. Brzmi jak żywcem wyjęta z "Procesu" Franza Kafki, a jednak zdarzyła się naprawdę.

 

Był sobie pan, dajmy na to, Józek, szanowany, spokojny, niekarany pracownik miejskiej spółki w jednym z polskich miast. Pan Józek pewnego wieczora usiadł przed telewizorem, wyposażony w trzy półlitrowe piwa. Obejrzał wiadomości, poszedł spać. Około 10:00 wieczorem ktoś zadzwonił do drzwi. Był to policjant z drogówki, który spytał, czy to pan Józek jest właścicielem zaparkowanej pod blokiem białej corsy. Kiedy pan Józek potwierdził i zszedł na dół, policjant oznajmił, że auto blokuje wyjazd sąsiadowi i poprosił, aby je przestawić. Pan Józek wsiadł, włączył silnik i na polecenie policjanta cofnął samochód najwyżej o trzy metry.

 

Niestety, policjant wyczuł od pana Józka alkohol. I to był początek procesu Józefa K. Badanie alkomatem: 1,2 promila. Przewiezienie na komendę, potem policyjne dochodzenie w sprawie prowadzenia samochodu w stanie nietrzeźwości, zatrzymanie prawa jazdy, postawienie zarzutu, włączenie prokuratury, która zaakceptowała skierowanie do sądu aktu oskarżenia i wreszcie wyrok. Żadnych okoliczności łagodzących, rok pozbawienia wolności w zawieszeniu na cztery miesiące oraz utrata prawa jazdy. A i tak powinien się pan Józef cieszyć, że go nie zamknęli od razu i bezwzględnie.

 

W tej przykrej historii (która ma jeszcze szansę zakończyć się względnym happy endem, jako że wyrok zapadł na razie tylko w pierwszej instancji) jak w soczewce skupia się stosunek polskiego państwa do obywatela – zwłaszcza tego zwykłego, nie ustosunkowanego, anonimowego. Zwyczajnego Józefa K.

 

Bo co innego celebryta z telewizji śniadaniowej albo ilustrowanych magazynów – z nim trzeba jak z jajkiem. Co innego pan poseł, pan prokurator czy – to już niemal sam Olimp – pan sędzia. Oni wszyscy mają immunitet. Co innego pan minister – on jest też na specjalnych prawach; a poza tym pracuje cały czas dla Polski i trzeba mu wiele wybaczyć. Co innego oligarcha polskiego biznesu, który robi dile z agencjami rządowymi. Nie można go przecież za byle co ciągać po sądach.

 

Ale jakiś tam Józef K. to coś całkiem innego. Bo o co w tej całej sprawie tak naprawdę chodzi? Po pierwsze o to, że wszystkie statystyki, którymi tak chętnie chwalą się minister spraw wewnętrznych albo komendant główny policji, można sobie wetknąć wiadomo gdzie. Pan Józef się akurat napatoczył, a starszy posterunkowy, który do niego przyszedł, był pewnie kilka dni wcześniej na odprawie w swoim Wydziale Ruchu Drogowego, na której jego szef pokrzykiwał w tonie podobnym jak kiedyś nagrany z ukrycia szef WRD w Toruniu: "Macie mi, k…, przynieść więcej mandatów! W d… jesteśmy w statystyce i macie mi ją poprawić, nawet jakbyście mieli dzieci łapać za przechodzenie przez jezdnię nie po pasach! I są wytyczne Komendy Głównej w sprawie pijanych kierowców, żeby się nie patyczkować, a wy mi tu, k…, żadnego pijanego kierowcy nie możecie złapać!". I tak dalej w ten deseń.

 

Więc kiedy starszy posterunkowy wyczuł, że pan Józef mógł coś wypić, poczuł się, jakby złapał Pana Boga za nogi. I już widział oczyma wyobraźni, jak go przełożony chwali. I może premia będzie. A że pijany kierowca przejechał trzy metry na parkingu? Kogo to obchodzi.

 

Potem mamy prokuraturę. Prokurator mógł oczywiście nie zaakceptować bzdurnego wniosku policji i skończyć sprawę, nakazując umorzenie. Mógł, ale prokurator też ma statystyki. Prokurator jest może trochę cwańszy od policjanta, więc jeszcze poszperał, czy pan Józef to aby nie ktoś ustosunkowany, wyszło mu, że nie, więc stwierdził, że ma kolejny punkcik do swojego półrocznego zestawienia. Sprawa łatwa, jasna i przyjemna, nie napracuje się. A tam przecież jego szef, prokurator rejonowy, też pili i domaga się wyników, bo jego z kolei naciska prokurator okręgowy. A okręgowego to już cisną z samej góry, z Warszawy.

 

Potem pojawia się pani sędzia. Pani sędzia zapewne nawet nie przeczytała dokładnie akt sprawy. Zobaczyła tylko, że świadkiem jest policjant, a policjantom sądy z zasady dają wiarę, zaś oskarżonym jakiś tam szaraczek, więc niech spada na bambus. Poza tym szaraczek był pijany, a teraz pijani kierowcy są złem wcielonym, więc trzeba mocno uderzyć. Nieważne, jakie były dokładne okoliczności, nieważne, czy oskarżony komukolwiek zagrażał, nieważne, jak zachował się policjant. To wszystko nieważne. Liczy się statystyka. No i dobra współpraca pomiędzy organami państwa naszego wspaniałego, żeby nie było jak w opowieści Sienkiewicza (nie Henryka, a Bartłomieja) o państwie istniejącym teoretycznie.

 

W tym wypadku współpraca na linii policja-prokuratura-sąd była, można powiedzieć, wzorowa. Na końcu mamy zwykłego obywatela, którego jedyną winą jest, że wykazał się naiwnością i nie sądził, iż policjant jest jego wrogiem, który tylko czeka, żeby zarobić punkty jego kosztem. Obywatel pomyślał, że policjant wie co robi i że skoro każe siadać za kierownicę i przestawić auto, to to właśnie uczynić należy. Obywatel nie był wystarczająco sprytny.

 

Bo chociaż od wielu już lat żyjemy w III RP, obywatel musi być nadal przebiegły w podobny sposób jak w Peerelu. Wówczas dla wszystkich było jasne, że państwo nie jest, żeby nam pomagać, ale żeby nas dręczyć, więc trzeba je oszukiwać i stosować uniki. Dziś może jeszcze nie wszyscy to rozumieją, ale na pewno rozumie to już pan Józef oraz setki tysięcy Polaków, którym wydarzyły się podobne albo nawet całkiem inne historie. Ich częścią wspólną jest tylko to, że padli ofiarami własnego państwa. To przedsiębiorcy, których pod głupim pretekstem do plajty doprowadziły urzędy skarbowe, byle poprawić sobie statystyki. To ludzie, którym odmówiono rozmaitych pozwoleń czy koncesji. To kierowcy, których policja namierzyła fotoradarami lub wideorejestratorami bez właściwej homologacji. I wielu innych. Ich wszystkich musi ogarniać pusty śmiech, kiedy ten czy inny polityk albo komentator narzeka, że "Polacy nie identyfikują się ze swoim państwem".

 

Pan Józef na pewno już rozumie, że polskie państwo nie jest przyjacielem obywatela, ale jego przeciwnikiem. I że naczelną zasadą działania jego organów nie jest zdrowy rozsądek, ale sucha litera przepisu. A to – czego być pan Józef już nie wie – jest dziedzictwem rosyjskiej mentalności, wszczepionej części Polaków podczas zaborów. Takie podejście do praw i obowiązków urzędów oraz obywateli było charakterystyczne dla naszego wschodniego sąsiada od kiedy tylko zaczęto tam tworzyć i wprowadzać jakiekolwiek kodeksy. Przy czym – podobnie jak dzisiaj w Polsce – ta litera prawa, oderwana całkowicie od zdrowego rozsądku, miała oczywiście zastosowanie tylko do szaraczków.

 

Co mi się marzy? Marzy mi się polskie państwo, w którym policjant w tak ordynarny sposób polujący na obywatela dostaje od przełożonego naganę, a obywatel w tym konkretnym wypadku otrzymuje najwyżej pouczenie. Marzy mi się, że prokurator, który by taki akt oskarżenia puścił do sądu, dostałby naganę z wpisem do akt – nie tylko za dręczenie człowieka, ale za marnowanie publicznych pieniędzy na bzdury. Marzy mi się, że sędzia, która wydała wyrok absurdalny i oczywiście sprzeczny z zasadami sprawiedliwości zostałaby za to odpowiednio oceniona przez swoich przełożonych. A to odbiłoby się na jej karierze. Ale to oczywiście marzenia ściętej głowy. Bo rosyjskie podejście do ludzi wydaje się dzisiaj nikomu w Polsce nie przeszkadzać.

 

Autor:Łukasz Wrzecha dla WP.PL