Trasa dojazdu

Obywatel Wegera kontra państwo

Gdybym przyznał się do stawianych zarzutów, odsiedziałbym góra kilka lat i już od dawna cieszyłbym się wolnością. Ale ja do niczego się nie przyznałem. Liczyłem, że sprawiedliwość zadziała. Po tylu latach spędzonych w więzieniu wiem, że państwo polskie nie działa.

 

Ze stosu dokumentów, które leżą na stole, Marian Wegera wyciąga świadectwo szkolne Natalii i dyplom ukończenia studiów przez Adriana. Jest dumny i przygnębiony jednocześnie. Dumny, bo dzieci (w sumie jest ich czwórka) naprawdę mu się udały. Adrian skończył właśnie studia, Jacek i Arek jeszcze studiują, a Natalia uczy się w liceum. Radzą sobie świetnie, powód do dumy więc jest. Ale jest też powód do przygnębienia, bo kiedy jego zamykali za kratki, najstarszy syn miał 12, a najmłodsza w tym gronie Natalia – 7 lat. Dziś to dorośli już ludzie. Kiedy dojrzewali, on siedział w areszcie.

 

- Czasem pytają, tato, co ty takiego zrobiłeś, że tak długo cię trzymają, a ja nie wiem co im odpowiedzieć – mówi Wegera, kiedy rozmawiamy w Areszcie Śledczym w Lublinie, gdzie mężczyzna przebywa od ponad dziesięciu lat. Na stole leży stos dokumentów tej zawiłej i niejednoznacznej sprawy. Ale po kolei.

 

 

Marian Wegera, rocznik 1964. Urodzony w Wisznicach. Syn Antoniego i Marianny. W wolnej Polsce przedsiębiorca. Działalność gospodarczą Wegera prowadził od 1991 roku. Nie byle jaką. Zajmował się budową tzw. domów kanadyjskich. Pod Parczewem zatrudniał ponad sto osób. Drewno sprowadzał m.in. z Rosji i Ukrainy, a gotowe domy sprzedawał do Niemiec i Holandii. W Hiszpanii budował całe osiedla, a w Lublinie postawił duże centrum i wynajmował magazyny innym firmom. Tylko z tego miał ok. 100 tys. złotych miesięcznych zysków. Wartość całego majątku to już ok. 20 mln złotych.

 

Ale na tym przedsiębiorczym CV prokuratorzy doszukali się ciemnych plam. W styczniu 2004 roku do domu Wegery zapukali funkcjonariusze ABW i na polecenie lubelskiej prokuratury zatrzymali mężczyznę. Weszli też do jego firm i zabezpieczyli wszystkie dokumenty. Śledczy postawili Wegerze kilka ciężkich zarzutów, m.in. oszustwa, wyłudzenia podatku, przywłaszczenia maszyn. Wnioskowali też o zastosowanie aresztu tymczasowego wobec przedsiębiorcy. Sąd podzielił ich argumentację i Wegera trafił do aresztu, na razie na trzy miesiące.

 

Swoją decyzję z 2004 roku sąd podpiera tym, że zarzucane czyny zagrożone są surową karą. W sprawie trzeba było przeprowadzić też wiele dowodów, a (zdaniem sądu) istniało ryzyko, że mężczyzna będzie próbował wywierać presję na świadkach i może utrudniać prawidłowy tok postępowania. Takiej samej argumentacji sędziowie używali przy każdym kolejnym przedłużeniu tymczasowego aresztu. Izolacja Mariana Wegery miała zapewnić śledczym spokój w gromadzeniu dowodów jego winy.

 

Ten etap pracy prokuratorzy kończą niemal po roku od zatrzymania i tymczasowego aresztowania Mariana Wegery. W grudniu 2004 roku śledczy kierują do Sądu Rejonowego w Lublinie akt oskarżenia przeciwko mężczyźnie. Zarzucają mu w sumie popełnienie dziesięciu przestępstw, w tym poważne oszustwa. Przed sądem chcą przesłuchać blisko pięćdziesięciu świadków.

 

Mimo że akt oskarżenia trafił do sądu Wegera nie opuścił tymczasowego aresztu, choć odpadła już obawa utrudniania postępowania przygotowawczego. Sędziowie uznali jednak, że wizja surowego wyroku może skłonić mężczyznę do ucieczki. Z czasem – od 2006 roku – przedłużanie aresztu zaczęli tłumaczyć zawiłością tematu, a nawet tym, że to sam Wegera przyczynił się do przeciągania sprawy, bo wnosił o przeprowadzenie wielu nowych dowodów.

 

- Miałem siedzieć cicho i przyznawać się do winy. Broniłem się i dlatego wciąż siedziałem w areszcie. Sędziowie odrzucali każde moje zażalenie na stosowanie tymczasowego aresztu – wspomina Marian Wegera.

 

 

Kluczowa wydaje się jednak złożoność sprawy, o której mówią sędziowie. Zarzuty dotyczą przestępstw ujętych w kodeksie karnym i karno-skarbowym, dokumentom z firm Wegery przyglądają się nie tylko śledczy, ale też inspektorzy z Urzędu Kontroli Skarbowej. Do tego prokuratorzy dzielą sprawę na kilkanaście w sumie kawałków, wyłączając poszczególne wątki do odrębnych postępowań.

 

- Rezultat był taki, że w jednej sprawie zapadał wyrok, a w drugiej przedłużano mi tymczasowy areszt – tłumaczy Marian Wegera.

 

 

Mężczyzna więc siedzi w areszcie i pisze do Strasburga, do tamtejszego Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. W swojej skardze Wegera podnosi dwie kwestie: przede wszystkim żali się na czas trwania jego tymczasowego aresztu, ale też zarzuca polskiemu państwu, że został pozbawiony kontaktów z żoną i dziećmi. Skarga zostaje opatrzona numerem 141/07.

 

Pod koniec 2009 roku na posiedzeniu zamkniętym sędziowie Trybunału wydają wyrok w sprawie „Wegera przeciwko Polsce”. Uznają, że naruszony został artykuł 5 paragrafu 3 Konwencji o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności.

 

„Władze uzasadniały przedłużanie aresztu tymczasowego głównie perspektywą surowego wyroku, która, zdaniem sędziów, stanowiła sama w sobie czynnik mogący skłonić skarżącego do ucieczki i do uniemożliwienia prawidłowego toku postępowania (…). Trybunał uznaje, iż te przesłanki mogły na początku okazać się wystarczające do zastosowania aresztu tymczasowego. Jednakże na przestrzeni czasu stały się one mniej istotne w sposób nieunikniony i jedynie przesłanki naprawdę naglące mogły przekonać Trybunał, że tak długie pozbawienie wolności skarżącego było uzasadnione” – czytamy w wyroku Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. - „Trybunał nie dopatruje się jakiejkolwiek przesłanki tej natury w rozpatrywanej sprawie” – czytamy dalej.

 

Słowem Trybunał uznał, że wymiar sprawiedliwości naruszył prawa Wegery, trzymając go w tymczasowym areszcie przez ponad trzy lata i trzy miesiące. Podobnie sędziowie ze Strasburga orzekli w kwestii pozbawienia mężczyzny kontaktów z dziećmi i żoną. Za to wszystko Wegerze należy się od Polski odszkodowanie.

 

 

Wyrok Trybunału to plus dla Wegery. Tyle, że w sytuacji byłego już przedsiębiorcy niewiele on zmienił. Mężczyzna wciąż przebywa w areszcie, bo w tym czasie zaczęły zapadać wyroki w jego poszczególnych sprawach. Partię wyroków połączono pierwszy raz w 2009 roku skazując Mariana Wegerę na łączną karę sześciu lat pozbawienia wolności. W 2013 roku Sąd Okręgowy w Lublinie wydał drugi wyrok łączny (po kolejnych sprawach – red.). Tym razem to 12 lat odsiadki, zmniejszone później przez sąd wyższej instancji do dziesięciu lat.

 

Z dokumentów wynika, że Marian Wegera na wolność powinien wyjść 26 stycznia 2015 roku. Dokładnie po 11 latach spędzonych za kratkami.

 

- Mówią, że na mecie najciężej. Zakończone mam wszystkie sprawy karne, ale po tylu latach spędzonych w więzieniu wiem, że w Polsce wszystko jest możliwe. Wszystko może się zdarzyć – tonuje radość z odzyskania wolności Marian Wegera.

 

- Co dalej? - pytam, kiedy rozmawiamy w lubelskim areszcie.

 

- Mam pięćdziesiąt lat i życie zaczynam od nowa. Zostałem z niczym, bo cały majątek został wysprzedany za bezcen przez syndyka. Nie zostało mi już nic. Małżeństwo przetrwało tylko na papierze. Dzieci już dorosłe. Zaczynam wszystko od nowa – powtarza Marian Wegera i zapowiada, że o sprawiedliwość dalej będzie walczył przed Trybunałem w Strasburgu.

 

- Czy czegoś pan żałuje? - pytam już na koniec.

 

- Czy żałuję? Gdybym się przyznał do stawianych zarzutów odsiedziałbym góra kilka lat i już od dawna cieszyłbym się wolnością. Ale ja do niczego się nie przyznałem. Liczyłem, że sprawiedliwość zadziała. Po tylu latach spędzonych w więzieniu wiem, że państwo nie działa.

 

Maciej Stańczyk /  Onet